środa, 6 listopada 2013
Krótka, nic nieznacząca notka od autorki :)
Cholera, myślałam już jakiś czas nad napisaniem czegoś nowego, w końcu, ale ciągle to odkładałam, zajrzałam na ten blog z ciekawości i zobaczyłam dzisiaj (06.11.13 r.) komentarz z bodajże 13 października (!), pieprzonego października, że komuś się moje opowiadanie podoba, powiem więcej, uważa je za genialne, co jest way more nice, niż powinno, i dotarło do mnie, że muszę napisać kolejny rozdział.
Nie wiem do końca kiedy on powstanie, będę się starać jak najwięcej codziennie pisać, ale ostatecznie zobaczymy. Zwierzając się, mam zapierdziel w szkole, same jedynki, matura tuż tuż, z tego co nam mówią, znowu same jedynki, złamana kość krzyżowa, więc jak widać, mam wesoło! :)
Aczkolwiek, jako że jestem parodią licealistki (nie wspominając o moich przykrych ambicjach) wolę zająć się pisaniem niż nauką na cholerne prawo, filozofię, czy historię! :D
Okej, nie zanudzam więcej... See you soon, I hope. :<
poniedziałek, 9 września 2013
Gdy w końcu dotarli do jej małego zakątka Nahia mogła głęboko odetchnąć. Gdyby nie miała nieproszonego gościa pewnie wskoczyłaby w swoje najwygodniejsze dresy i włączyła muzykę na cały regulator. Właśnie sobie wyobrażała jak byłoby wspaniale, gdy z błogiego marzenia wyrwał ją ciepły, zachrypnięty, niski głos, który chcąc nie chcąc uznała za pociągający.
- A więc słuchasz Black Sabbath. - powiedział wskazując na plakat, który zdążyła powiesić jeszcze wczoraj przed snem.
- Taak, czwórka moich bogów.
- Są nieźli.
- Nieźli? Są genialni! Nawet się nie waż zaprzeczyć.
- Nieważne.
- Nieważne? Okej - Nash pokręciła w zdumieniu głową I zabrała się za rozpakowywanie toreb. - A czego Ty słuchasz?
- Ja? Ciężko sprecyzować. - rzucił chwytając piwo, które dziewczyna mu podała. Zaraz po tym usiadł na podłodze wcześniej podkładając sobie pod siedzenie poduszkę. Oparł się o barek tak, że mógł podziwiać zachód słońca przez okno, a gdyby nawet wytężyć wzrok można by dostrzec słynny napis Hollywood.
Gdy Nash uporała się w końcu z zakupami wzięła piwo i delikatnie oparła się o barek. Otwierając butelkę przyglądała się dokładnie profilowi faceta, którego można było określić mianem cichego, a wręcz milczącego, tajemniczego, a zarazem intrygującego, bezpośredniego, ale dającego się lubić. No i nie mogła nawet przed sobą ukrywać, że nie jest przystojny, bo był nawet cholernie przystojny. Burza długich, nieułożonych, kruczoczanych włosów, orzechowe oczy, ledwo dostrzegła tęczówki ze względu na jego bardzo szerokie źrenice, łagodne rysy twarzy, które sprawiały, że wyglądał na wiecznie zamyślonego... młody bóg, tak podsumowała to wszystko w myślach. Ciągle nie mogła jednak wyprzeć przekonania, że go gdzieś już widziała. Szybko jednak przestała o tym myśleć, była szczęśliwa, że nie zajęło jej zbyt wiele czasu poznanie kogokolwiek. Fakt, że przez przypadek, ale zawsze coś. Doszła do wniosku, że takie siedzenie w upalny dzień w środku mieszkania, gdy ma się do dyspozycji całkiem duży balkon nie ma sensu, upiła spory łyk zimnego piwa i nalała wody do miski.
- Co robisz? - zapytał Jimmy najwyraźniej wybudzony ze swojego transu.
- Chcę umyć ten balkon. Albo chociaż podłogę - skrzywiła się na widok oblepionej, czarnej posadzki.
- Przestań.
Nahia popatrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
- Masz nożyczki? - kontynuował.
Nash pokiwała twierdząco głową i wskazała karton leżący obok niego.
- Idealnie - szepnął i zaczął wyciągać wszystko z leżących kartonów.
- Ale...
- Ciii - Jim próbował uspokoić Nash i uśmiechnął się najszczerszym uśmiechem jaki dziewczyna kiedykolwiek widziała. I nagle przestała się złościć. Chwilę później chłopak poukładał wycięty papier na posadzce balkonu i tym razem usadowił się na świeżym powietrzu. Nahia dołączyła do niego przynosząc sześciopak, z którego ubyły już dwie butelki.
- Wciąż jednak uważam, że lepiej było to umyć. Nieważne. Więc - czym się zajmujesz? - spytała siadając obok.
Jimmy spojrzał na nią uważnie, po czym odpowiedział wymijająco:
- Hmm... to zależy.
- Zależy? - dziewczyna zmarszczyła brwi. - Od czego?
- Nieważne. Pomówmy o tobie. Czym ty się zajmujesz, skąd jesteś, bo domyślam się, że nie z LA.
- Mogłabym przysiąc, że ty też nie - Nahia uśmiechnęła się zadziornie. - Więc... odpowiadając na twoje pytania. Zajmuję się, w sumie niczym. Dzisiaj złożyłam parę podań o pracę w różnych miejscach, takich jak jakieś magazyny muzyczne, czy inne bary, puby. A ogólnie gram na gitarze. Kalecznie, ale gram. Głównie i właściwie dla siebie. Urodziłam się w Staffordshire, w Anglii. Tata dostał jednak możliwość lepszej pracy w Seatlle, i oto jestem, osiemnastoletnia, świeżo po szkole i szukająca szczęścia w życiu. Proszę bardzo, krótka nota biograficzna nic nie znaczącej, smutnej dziewczyny, która czuje się na co najmniej 60 lat i której najlepszym przyjacielem jest muzyka.Otwarłeś puszkę pandory, wiesz? Teraz będę narzekać. - zaśmiała się smutno.
- Wspomniałaś coś o byciu nic nieznaczącą. Nie lubisz mieć prywatności, chcesz.być osobą publiczną? Muzykiem?
- Nie, nie o to chodzi... chociaż właściwie, tak. Chciałabym. Jedno z moich największych marzeń. Tylko nikt z mojej rodziny nie wierzy w marzenia i wydaje im się to głupie. Z czasem zaczęłam sama w to wierzyć i skończyłam jakiekolwiek starania.
- Nie powinnaś wątpić w szczęście, bo na tym to niestety polega. Ale zastanów się poważnie nad tym "zawodem" jeśli można to tak nazwać. Wiele osób jest z niego niezadowolonych. Powiem dosadniej, zaczynają być popieprzeni. Jak myślisz, dlaczego mówi się, że rockmani są wredni i małostkowi? Z czasem przestaje ci zależeć na czymkolwiek... bierzesz się za dragi, alkohol i krzywdzisz wszystkich dookoła, a najbardziej siebie.
- Wow... Mówisz o tym jakbyś miał dosyć duże doświadczenie.
Jimmy spojrzał na Nahię surowym wzrokiem i znowu zamilknął. I znowu to dziwne przeczucie...
- O cholera! - dziewczyna gwałtownie wstała z miejsca przewróciwszy butelkę, z której wylała się resztka piwa. Oczy świeciły jej się jakby widziała co najmniej ducha. Pobiegła szybko do salono-sypialni, zaczęła szybko przebierać w kartonach, po paru minutach znalazła to, czego szukała i wróciła do swojego gościa. Porównując zdjęcie dołączone do winylowej płyty zespołu, który uważała za święty. Led Zeppelin. Jimmy Page. Sanffordshire. Robert. Myśli przelatywały przez jej głowę tak szybko, że nie wiedziała na czym skupić uwagę. - O cholera!
- Teraz właśnie się dowiedziałaś od czego zależy czym się zajmuję.
- Chryste! Cały czas mi kogoś przypominałeś... Ale nigdy bym nie pomyślała, że mogę spotkać Jimmyiego Pagea w cholernym sklepie dla cholernych majsterkowiczów!
- No widzisz... teraz widzisz. O tym mówiłem, jak wspomniałem o byciu osobą publiczną.
- Przepraszam, wybacz. Po prostu nigdy nie pomyślałam, że będę pić piwo z jedną z najsłynniejszych gwiazd rocka i moim idolem. - Nahia usiadła z powrotem na swoim miejscu.
- O tym też coś chyba wspominałem. - Jimmy uśmiechnął się po raz drugi w ten niesamowity sposób, który doprowadzał ją do ekstazy. Szybko jednak odwróciła wzrok.
- A tak swoją drogą, często wpraszasz się do obcych ludzi?
- Niezbyt często potykają się o mnie dziewczyny. - zaśmiał się.
- Jakoś nie chce mi się w to uwierzyć... - droczyła się.
- No dobra, często - skwitował. - Ale większość robi to specjalnie. A gdy zobaczyłem te zagubienie w twoich oczach i gdy upewniłem się, że nie masz pojęcia kim jestem, pomyślałem, że może przez chwilę posiedzę z kobietą, która nie będzie starała się wejść mi do łóżka ze względu na mój zawód. Tak właściwie to nie wiem co wy ciekawego widzicie w naszych mordach...
- Co widzimy? Na przykład przystojnych, utalentowanych facetów, którzy tworząc muzykę oddają tym samym kawałek siebie? Którzy zważają na emocje? Ale, co ja tam wiem. Mogę mówić tylko za siebie.
- Też podobają Ci się rockmani?
- Głupie pytanie. Ja po to żyję, żeby znaleźć swojego rockmana. - Nahia zaśmiała się, mimo że powiedziała prawdę. Jimmy także się uśmiechnął i spojrzał na nią.
Siedzieli później jeszcze parę godzin, słońce zdążyło już dawno zajść. Byli na zmianę to pogrążeni w kompletnym milczeniu to prowadzili ożywioną rozmowę pełną pasji. Dobrze się dogadywali. Nahia miała nadzieję, że uda jej się zaprzyjaźnić z Jimmym... od czasu Stanffordshire nie miała już przyjaciela. To dziwne, że teraz nagle znalazła z kimś wspólny język... i to nie z byle kim, ale z liderem Led Zeppelin. Jakoś ciągle nie potrafiła uwierzyć. Co chwilę zerkała na niego ukradkiem, żeby popodziwiać boga Rock n' Roll'a we własnej osobie. I dlaczego czuła się w jego obecności tak... swobodnie? Może dlatego, że nie był ani trochę krępujący. Cały czas przechodziły jej przez jej głowę dziwne i oczywiste myśli.
- To co? Gotowa na wyprawę na Sunset?
- Myślałam, że pójdziemy wcześniej.
- Tak, też tak myślałem, ale nie chciało mi się ruszać, teraz jednak jestem zmuszony, bo za jakieś - spojrzał na zegarek - 37 minut muszę być w Whisky.
- Whisky a Go Go!? - Nahia wybałuszyła oczy. - Nie no... zgrywasz się, co nie?
- Chciałbym, ale nie teraz.
- No to na co jeszcze czekamy? - poderwała się z miejsca i dopiła swoje piwo.
- Nie przebierasz się? - Jimmy był wyraźnie zdziwiony.
- A co? Powinnam? Źle wyglądam, czy coś?
- Nie, nie.. wręcz przeciwnie. Ale większość przebywających tam dziewcząt, o ile nie wszystkie ubierają sukienki, czy coś w tym rodzaju.
- Nie wiem czy wspominałam, ale ja nie jestem większością. Dobrze się w tym czuję i nie widzę potrzeby zmiany ciuchów.
- W takim razie idziemy. - chłopak podał dziewczynie ramię i ruszyli.
- Cholera... miałam wymienić zamek w drzwiach. - Nahia syknęła w złości patrząc na stare wejście.
- Oh, nic się nie stanie jeśli wymienisz go jutro.
- No chyba nie... - westchnęła poddając się.
30 minut później byli już na miejscu. Nahia strasznie żałowała, że dzisiaj już nie zobaczy reszty Sunset Strip, ale nigdzie nie miała zamiaru się stąd ruszać, przynajmniej mogła mieć pewność, że zdąży jeszcze to zrobić.
Na wejściu Whisky rzeczywiście wyglądało na dosyć ekskluzywny klub. Czerwone kolory dodawały temu miejscu jeszcze więcej uroku. Nie był to ogromny klub, lecz urządzono go w tak idealny sposób, że mogła się tam zmieścić całkiem spora liczba osób. Nahia i Jimmy oczywiście weszli bez kolejki. Gdyby mieli tam stać to pewnie weszliby prawdopodobnie nad ranem. Nash podziękowała w myślach losowi i obiecała sobie, że jakoś odwdzięczy się za to Jimmy'iemu. W końcu nie każdy ma okazję wejść na koncert bez biletów i parogodzinnego oczekiwania. Wnętrze wywarło na dziewczynie jeszcze większe wrażenie. Kolejne mini-marzenie do skreślenia. Była strasznie podekscytowana całą tą sytuacją, z każdą kolejną chwilą coraz ciężej było jej w to wszystko uwierzyć. A najbardziej w jej nowego znajomego. Przecież takie sytuacje się nie zdarzają. A jednak... Tylko dlaczego ona? Przecież to nie ma sensu. Cholera, przecież on też musi mieć kogoś normalnego, z kim może porozmawiać. Nie żeby on był nienormalny, czy coś, ani ona do końca normalna, w jej mniemaniu, ale z pewnością większość dziewcząt patrzy na niego przez pryzmat sławy i pieniędzy. Ale czy ona też z czasem nie zacznie tak robić? Nie ma mowy. Nie dopuści do tego. Nigdy. O ile ta znajomość przetrwa. I tak trwa już dłużej niż zazwyczaj.
- No i jak? Podoba się? Zadowolona? - Jimmy podniósł głos, żeby na pewno go zrozumiała w tym zgiełku.
- Właściwie to tak. Nawet nie wiem co powiedzieć, jak to wszystko skomentować. - Nash odparła w zdumieniu cały czas się rozglądając.
- Nie musisz nic mówić, ważne, że ci przypadło do gustu. Słuchaj teraz uważnie - znowu spojrzał na zegarek, a później starał się uchwycić jej wzrok - niestety, ale byłem umówiony i jestem teraz pilnie potrzebny i raczej tam gdzie idę nie mogę cię ze sobą zabrać, ale obiecuję, że za niedługo po ciebie przyjdę, posiedzimy, napijemy się jeszcze czegoś. Widzisz tego barmana? - wskazał na ciemnoskórego, bardzo dobrze zbudowanego mężczyznę za barem, który patrzył w naszą stronę, był uśmiechnięty, elegancko ubrany i posiadał parudniowy zarost, który dodawał mu jeszcze więcej męskości. Uśmiechnął się ukazując rząd prościutkich, białych zębów i pomachał mi na powitanie, odwzajemniłam uprzejmości i spojrzałam znowu na Jimmyiego.
- Ale nie zapomnisz o mnie i nie zostawisz mnie tutaj, co nie?
Jimmy zaśmiał się, a Nahii na ten widok zrobiło się przyjemnie.
- Nie, oczywiście, że nie. Tylko musisz być cierpliwa. Dobra, lecę, bo mnie zabiją. - ucałował jej policzek i zaczął się powoli oddalać, rzucił jeszcze tylko krótko - Do później, malutka.
Nahia kierując się do baru rozmyślała nad jego ostatnimi słowami. Chcąc nie chcąc uznała to za urocze. Od czasów... jej ostatniego przyjaciela nikt nie nazwał jej 'malutką', a to było parę lat temu jeszcze w Stanffordshire.
- Nieważne. - warknęła sama do siebie. To był już dla niej zamknięty rozdział, obiecała sobie, że nie będzie o tym wspominać. Nawet samej sobie. Ale czy teraz będzie to możliwe. Może jej nie pozna. Oby.
- Cześć, jestem...
- Tak, wiem, wiem. Jesteś Nahia, przyjaciółka pana Page'a.
Przyjaciółka? Pana Page'a?
- Ja mam na imię Stephen i będę się tobą opiekował do czasu aż pan Page nie wróci z koncertu.
- Masz się mną opiekować? - Nash zmarszczyła brwi.
- Tak, mam dopilnować, aby niczego pani nie zabrakło, żeby nikt pani nie zaczepiał, nie przeszkadzał i żeby pani nic się nie stało.
- Nic mi się nie stało mówisz? Okej, niech będzie. I tak poza tym jestem od ciebie zdecydowanie młodsza, proszę, zwracaj się do mnie po imieniu.
- Nie wiem czy powinienem, przykro mi.
- Dlaczego!? Ahh... zresztą, nieważne. Mógłby mi pan zrobić jakiegoś drinka?
- Stephen. - mężczyzna poprawił ją, ona w odpowiedzi spiorunowała go wzrokiem. - Już się robi.
- Proszę, whisky z colą. Ile płacę?
- Nic proszę pani.
- Nic?
- Wszystko na rachunek pana Pagea.
- Nie ma mowy! - Nahia się zdenerwowała. - W tej chwili mi powiedz ile kosztuje ten cholerny drink!
- Przykro mi panienko.
Tego było już za wiele, Nahia wzięła drinka, położyła na barze banknot 50 dolarowy i odeszła. Była strasznie wściekła, że nikogo tu nie zna i jeszcze bardziej wściekła, że Jimmy kazał jakiemuś barmanowi się nią opiekować. A może bardziej tego nie rozumiała.
Stała na środku klubu i dosłownie nie miała zielonego pojęcia co ma teraz zrobić, gdzie iść. Przypomniała sobie jednak, że jeżeli dobrze zrozumiała, to Jimmy ma dzisiaj koncert. Co oznacza, że zobaczy Led Zeppelinów na żywo! Szybko przestała żywić do kogokolwiek urazę, a wręcz cieszyła się wieczorem i nadzwyczaj smacznym drinkiem. Po jakimś czasie ze sceny zeszły tancerki go-go, a zapowiedzieli koncert Zeppelinów.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Imprezę czas zacząć...
Nahia obudziła się jak zwykle ze słuchawkami oplecionymi wokół szyi, tyle że tym razem już nie w swoim niesamowicie miękkim łóżku, lecz na podłodze, której tym mianem określić się raczej nie dało. Była już pewna co kupi za swoją pierwszą wypłatę. Oczywiście najpierw musiała znaleźć jakąkolwiek pracę, o ile...
Jeszcze raz rozejrzała się po swoim malutkim mieszkanku, co prawda wczoraj już zrobiła mały obchód, lecz była zbyt zmęczona, by zwrócić uwagę na wszystko po kolei. Oprócz faktu, że to miejsce musiało przejść gruntowny remont, wszystko inne jej tam pasowalo i było właśnie tak jak sobie wymarzyła... no, może z paroma małymi odstępstwami, które nie miały jakiegoś większego znaczenia. Zaraz gdy skończyła nacieszać oczy i ego swoimi małymi czterema ścianami, wciągnęła na siebie kuse, czarne spodenki, ukochaną, bardzo znoszoną kszulkę z logiem Jack Daniel's i zmierzwiła swoje długie blond włosy palcami. Miała już konkretny, skrzętnie ulożony plan gdzie iść i co kupić. Już od dawna wolnymi chwilami śledziła z uwagą mapy najpopularniejszej części Los Angeles, więc wiedziała, że nie powinna mieć problemu, by znaleźć odpowiednie sklepy, których zapewne była tam niezliczona ilość. Skierowała się ku drzwiom, wyszła na klaustrofobiczną wręcz klatkę i zaczęła zmagać się z zamkiem.
- Zapamiętać, odwiedzić sklep dla cholernych majsterkowiczów! - wycedziła przez zęby sama do siebie z nieukrywaną złością. Po jakiejś chwili jakimś cudem udało jej się zamknąć stare, mocno zdezelowane drzwi mieszkania.
- Tak! - szepnęła radośnie w myślach dziękując Bogu.
Pospiesznie zbiegła ze schodów celowo omijając windy. Nie żeby się ich bała, po prostu wolała nie kusić losu, ten całkiem dobrze bawi się jej kosztem. Gdy opuściła już apartamentowiec, z uśmiechem się rozejrzała po okolicy. Wyglądała na całkiem spokojną... w sumie czego innego ma się spodziewać o 8 rano? Naprzeciw bloku był maleńki, uroczy park, w którego sercu umieszczono stosunkowo dużą fontannę, dookoła niej postawiono parę ławeczek, całkiem zadbanych ku zdziwieniu Nash. W mieście gdzie mieszkała dotchczas nic takiego nie miało prawa bytu, zaraz albo ktoś by je wyniósł albo zniszczył do końca. Podobała jej się także ta zieleń. Wiele drzew, trawników, krzewów. Było po prostu idealnie. Zważywszy, że koszty za wynajem nie są zbyt duże, nie biorąc pod uwagę kaucji, nie mogła na nic narzekać.
Wsiadła do swojego samochodu i odpaliła silnik. Spojrzała na kontrolkę paliwa i z niezadowoleniem stwierdziła, ze najpierw musi zatankować.
Jej plan na ten dzień nie był zbyt ambitny. Niezbędne zakupy, poszukiwanie pracy, odpczynek w pustym domu i wieczorne zwiedzanie Sunset Strip. Kolejne marzenie, które właśnie tego dnia miało się spełnić.
Spełnianie marzeń jest takim słodkim uczuciem. Nie wiem dlaczego ludzie poświęcają chęć uszczęśliwiania samego siebie na rzecz całkiem niepotrzebnych spraw. Może to kolejna indywidualna cecha związana z patrzeniem na świat oczami realisty... nie wiem.
Tak właściwie ja nie byłabym w stanie przeżyć, gdybym nie mogła robić tego czego zapragnę, oczywiście w miarę rozsądku. Wielu ludziom wydaje się, że większość marzeń jest nie do spełnienia, ja uważam wręcz przeciwnie. Tyle rzeczy można zrobić bez jakiegoś większego wysiłku. Oczywiście jeśli marzy się o czymś ambitniejszym, to praca jest wręcz wskazana, ale bez pragnień, w życiu nie byłoby nic ciekawego. Oddanie się przyjemności z przeświadczeniem o pracy, którą trzeba było wykonać jest chyba bezcelowe... Zawsze coś trzeba poświęcić, żeby osiągnąć swój wlasny spokój wewnętrzny.
Z samochodem pełnym zakupów już kierowała się w stronę obecnego miejsca zamieszkania, lecz przypomniała sobie o zamku, który wymaga szybkiej naprawy, albo w ogóle wymiany. Zawróciła więc w poszukiwaniu sklepu dla budowlańców i rozmyślała nad wygodą posiadania auta, nie był to może jej wymarzony wóz, aczkolwiek był zadbany, a co najważniejsze sprawnie działający.
Zaparkowała jak najbliżej budynku. Myśl o odmalowaniu ścian okazała się całkiem przyjemna... będzie miała co robić w oczekiwaniu na odzew od potencjalnych pracodawców.
Mknęła pomiędzy półkami myśląc o nowych kolorach ścian, czystym i w miarę umeblowanym już mieszkaniu, które miało być jej prywatnym azylem, nie zwracając zbytnio uwagi na nic za nią, czy... przed nią. Jej wysoko uniesiona głowa nie pozwoliła jej zauważyć mężczyzny kucajacego tuż przed nią. Dosłownie się o niego potknęła posyłając go na kolana, a samej opierając się o jego plecy. Uprzednio upuściwszy oczywiście wszystko co niosła, na szczęście nie było tego za wiele.
- Co do k...!? - ciemnowłosy mężczyzna podniósł zdecydowany głos w rozdrażnieniu.
Nahia błyskawicznie cofnęła ręce mocno zażenowana.
Podeszła do niego z przodu pomagając mu wstać. Przepraszając histerycznie schyliła się by podnieść pozostawione przez niego rzeczy z podłogi sklepowej.
- Przepraszam, cholernie bardzo przepraszam! Nic panu nie jest!? Naprawdę przpraszam! Nie chciałam... - potokiem słów miała zamiar załagodzić sytuację. - Jestem taka nieuważna - dodała półgłosem. - Nie mam pojęcia o czym ja myślałam! Proszę mi wy...
Ciemnowłosy najwyraźniej dobrze się bawił słuchając tych jej zdaniem nędznych tłumaczeń, jego połśmiech wyraźnie ją frustrował.
- Dobrze, już dobrze! Nic już nie mów, nic się przecież nie stało. - uśmiechał się mężczyzna.
- Jak Pan może tak w ogóle mówić!?
- Po pierwsze, poważnie wyglądam aż tak staro, żeby mówiono do mnie na 'pan'? Po drugie naprawdę nic się nie stało. Błagam, przestań panikować i histeryzować.
- Ja nie... oh... - westchnęła przerywając, wdawanie się w dyskusję z kimś, komu się wyrządziło krzywdę wydawało się nie na miejscu. - Ale jest pan stuprocentowo pewny? - widząc jego pobłażliwą minę szybko się poprawiła. - Znaczy... czy jesteś pewny?
- Tak, tak, tak!
- Dobrze więc - już miała odchodzić, lecz spojrzała na swoje dłonie, które kurczowo ściskały taśmy malarskie. Oddała mężczyźnie rzeczy i zaczęła zbierać swoje.
- Śrubokręt? - Spytał spod przymrużonych oczu. Najwyrazniej jemu jednak nie było spieszno.
- Eee... tak. Jakoś trzeba sobie radzić. - Nash odpowiedziała nie zastanawiając się nad dwuznacznością wypowiedzianych słów. Facet przyglądał jej się z rozbawieniem. Gdy zobaczyła jego minę nagle jej policzki zalały się purpurą, nieświadomie zaczęła przygryzać dolną wargę. Kolejny nawyk w zbyt żenujacych momentach, którego nie była w stanie się oduczyć.
- Myślę... myślę, że powinnam już iść. Jeszcze raz przepraszam i do zobaczenia - w myślach szybko dodała 'oby nie, oby, kurczę nie'.
Zaczęła szybko przebierać niezbyt długimi nogami, jej chód raczej przypominał wolniutki bieg niż chód. Musiała jeszcze wybrać odpowiednie farby i przybory.
Mając już wszystko co było jej potrzebne oraz zapominając już o całym zdarzeniu skierowała się ku wyjściu. Ale przed sklepem czekała ją jakże miła niespodzianka, której nigdy by się nie spodziewała. Mianowicie stał tam opierając się o ścianę ciemnowłosy chłopak. Tak, teraz zauważyła jego młodą, przystojną twarz. Na której ciągle był ten wyraz rozbawienia, który tak bardzo wyprowadzał ją z równowagi. Na dodatek kojrzyła ją z kimś, oczywiście szybko odrzuciła tę myśl uznając ją za niedorzeczną. Nie wysiliła się nawet na grymas przypominajcy uśmiech, tylko znów szybkim krokiem ruszyła tym razem w stronę samochodu. Reklamówki ułożyła na tylnej kanapie, usiadła na swoim miejscu i rąbnęła głową w kierownicę uruchamiając tym samym klakson, zbytnio się tym nie przejęła. Leżała tak przez krótką chwilę, lecz po chwili usłyszała coś jak pukanie w szybę. Podniosła głowę i odwróciła ją w prawo. Ten widok znowu jak kolejna niespodzianka ją zaszokował. Otworzyła drzwi i spojrzała na swoją niedawną ofiarę, którą niechcący potrąciła.
- Wiedziałam, że coś się stało!
- Dlaczego tak myślisz?
- Inaczej byś mnie tak nie dręczył... Czego potrzebujesz? Odszkodowania? Mam cię zawieźć na pogotowie?
- Jezu Chryste, nie! Niczego od ciebie nie chcę. Oprócz imienia, adresu i chęci spędzenia z tobą tego wieczoru, niczego innego od ciebie nie chcę. - uśmiechnął się tak uroczo, że nawet jej zrobiło się miło.
- Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś jakimś dewiantem, zapraszasz dziewczyny na 'wieczòr', potem gwałcisz i zabijasz? Hm?
- Nie wiem, czy w miejscu gdzie mieszkałaś do tej pory tak się działo, ale ja na pewno nie jestem typem takiego 'dewianta' jak to ładnie ujęłaś.
Musiała się chwilę zastanowić.
- A więc... jak masz na imię ciemnowłosy, przystojny człowieku, który nie jest takim dewiantem jakiego opisałam?
- Jimmy.
- Jimmy, okej. Czy nie potrzebujesz podwózki?
- Właściwie too... z miłą chęcią się przejadę - wypowiadając te słowa kierował się w stronę miejsca dla pasażera. Gdy ulokował się już wygodnie kontynuował rozmowę. - A więc... jak ty się nazywasz, śliczna, nieuważna dziewczyno? - na dźwięk tych słów zamarła i znowu zaczęła przygryzać dolną wargę. Jimmy przyglądał się jej w spokoju jakby przetwarzajac każdy milimetr jej twarzy. - Hm?
- Nahia, Nash... jak wolisz.
- Równie śliczne imię.
Jej twarz nagle nabrała koloru żywej czerwieni.
- Nie umiesz przyjmować komplementów... - Jim udał nadąsanie. Dziewczyna zaśmiała się uroczo. - Tak lepiej. Masz śliczny uśmiech. Nie ukrywaj go!
- Dobra, koniec, bo zaraz oboje dostaniemy cukrzycy. Więc... dokąd chcesz jechać?
- Najlepiej tam gdzie ty, a potem wyciągnę cię na Sunset.
- I tak tam miałam iść.
- Sama?
- A dlaczego nie?
- Ja bym się bał. Tam jest sporo tych, jak to ujęłaś, dewiantów.
- To dlaczego chcesz mnie tam zaciągnąć?
- Booo... booo... Bo tak.
- Mhmm. Wszystko jasne - uśmiechnęłam się do niego. - Właściwie to nikogo tu nie znam. Więc, dlaczego nie.
- Uroczo.
- Tylko co będziesz robił przedtem u mnie?
- Nie wiem... posiedzę, popatrzę na zachód, napiję się z tobą wina.
- Okej, u mnie do siedzenia jest tylko podłoga. Ewentualnie poduszki. Taras jest tak brudny, że nie ryzykowałabym na Twoim miejscu otwierania nawet tych drzwi. Bóg jeden wie co tam można znaleźć.
- Ale wina się napijesz, prawda?
- Hm... Nie. Nie przepadam za alkoholami. Jeśli nie jest to oczywiście piwo.
- Miało być romantycznie. Ale piwo też jest okej.
Nahia zaśmiała się widząc reakcję Jimmiego.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Pożegnanie
- Nahia leżała ze słuchawkami na uszach, zatracając się do reszty w piosence „In My Time of Dying” jakże znanego zespołu Led Zeppelin. Zdecydowanie uważała ich za bogów Hard Rocka, mimo że były inne zespoły, które ceniła bardziej, ponad wszystko. Gdy ktoś zadał jej pytanie o najlepszy zespół Rockowy, zawsze z ciężkim sercem, ale odpowiadała Led Zeppelin. Nie potrafiła wyjaśnić swojej lekkiej niechęci pomieszanej z miłością do ich kawałków.
Kochała genialnego Page'a, niesamowitego Plant'a i tak dalej, ale coś jej nie pasowało, jeżeli chodziło o ich przeszłość. Zwłaszcza Jimmiego. Ciągle tkwi w jej pamięci moment, gdy przeczytała gdzieś o Lori Madoxx. Nie pasował jej fakt, że rockmani lubią bawić się uczuciami kobiet. Co prawda zdawała sobie sprawę, że owe dziewczęta powinny mieć odrobinę oleju w głowie, zwłaszcza znając jako tako zwyczaje typowych facetów, ale mimo wszystko przeszkadzało jej to. Właściwie to nie potrafiła zrozumieć obu stron.
Oh... na miłość Boską! Czy miłość musi być traktowana tak przedmiotowo?! Jakże irytujący jest fakt, że obecnie „dowodem” miłości do drugiej osoby jest wskoczenie mu/jej do łóżka. Co jest nie tak z tymi ludźmi? Człowieka kocha się za to jakim jest dla innych, nie za to jakie ma umiejętności w łóżku. Nie wyrażam swojego zdania na tle wiary, ponieważ wydaje mi się, że wszystkie wierzenia w stylu: „żadnego seksu przed ślubem”, są wymysłami kościoła i ich twórców. Chrześcijaninem mogę być, ale na pewno nie uważam siebie za katolika, ale o tym innym razem.
Obecnie zbyt dużą presję na młodych ludzi wywierają rówieśnicy, którzy oglądają zbyt dużo chorych seriali, które znowu ukazują relacje międzyludzkie w skrajności – od miłości do nienawiści, po zdradę, kłamstwa i w ostateczności wybaczanie. Wiem, że nie tylko to jest tego skutkiem, bo sytuacja w domu, przykład brany z rodziców, to co widzimy od najmłodszych lat „na żywo”, także powoduje zły punkt postrzegania niektórych spraw. Młodzi ludzie mają też w zwyczaju tworzyć według tego co widzą swoje własne wartości, które niekoniecznie zawsze są dobre. Rozumiem, że każdy chciałby wszystkiego w życiu spróbować, ale powinien też znać swój stan psychiczny. Potem ryzykować ewentualnymi, chwilowymi przyjemnościami.
Matka Nahii oparła się o próg otwartych drzwi do pokoju jej córki. Widać po niej było smutek. Nie potrafiła płakać. Wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie... Nahia tyle o tym mówiła, wspominała, że nie mogła i dalej nie może nic zdziałać. Dziewczyna tylko taką widziała dla siebie przyszłość. Nie wyobrażała sobie, żeby była w stanie zostać tam gdzie spędziła większość swojego życia. W końcu skończyła szkołę, w końcu nie miała obowiązku wstawać co dzień o tej samej porze i wychodzić do szkoły. Ostatnie trzy lata były dla niej latami niemiłosiernej udręki. Spędzanie czasu z ludźmi, z którymi nie miało się nic wspólnego było po prostu przytłaczające. Aż za bardzo.Miała jedną, jedyną przyjaciółkę, którą pokochała po jakimś czasie jak siostrę. Co więcej czuła się jak jej siostra. Była o rok młodsza od Nahii, na imię jej było Layla. Obie pasjonowały się Rockiem, a co więcej gitarą, obie widziały w tym przyszłość, mimo że zdarzały się dni zwątpienia. W takich chwilach pomagały sobie wzajemnie marząc i opowiadając jak to będzie wspaniale, kiedy w końcu pojadą do Los Angeles i znajdą jeszcze trzy osoby myślące tak jak one – chcące tworzyć Rocka, takim jakim był kiedyś. Poszukają odpowiedniej tymczasowej pracy, która zapewni im chociaż minimum. Obie wiedziały, że mogą liczyć na swoich rodziców, ale nie chciały aby to oni wiecznie im pomagali. Chciały stać się niezależne chociaż na tyle, na ile dadzą radę. Ale wiedziały, że jeżeli byłby problem ze zdobyciem pracy, na pewno zwróciłyby się do rodzicieli z prośbą o pomoc.– A więc to już ostateczna decyzja? – zagaiła Dorothy po dłuższej chwili przyglądania się walizkom, które były już zapakowane i gotowe do zabrania.– No, jak widać... – Nahia uśmiechnęła się do swojej mamy, wstała i przytuliła ją.– Będzie mi za tobą strasznie tęskno...– Wiem, mamo. Mi za tobą także, uwierz.Obie stały w takim bezruchu przytulając się do siebie jeszcze parę minut, tę chwilę spokoju przerwał tata Nahii, John.– Gotowa? – uśmiechnął się na widok dwóch z trzech jego najważniejszych kobiet w życiu.
– Tak, tato. Gotowa. – Nash odwzajemniła uśmiech, chwyciła za pokrowiec z gitarą i jedną walizkę, a John wziął resztę. Zapakowali wszystko do samochodu, który Nahia dostała po zdaniu prawa jazdy jakiś czas temu. Właściwie to odziedziczyła go po starszym bracie, który kupił sobie już własny. Gdy wszystko było już spakowane, i właściwie gotowe do wyjazdu nadszedł moment, którego chyba każdy nie znosi.– Kocham was. Pamiętajcie o tym. Będę do was dzwonić, pisać, na pewno co jakiś czas będę przyjeżdżać, także nie musicie się martwić.– No tylko masz mi tam uważać! Ja już wiem jacy są ci cali rockmani. W końcu ci tak psychikę zniszczą, że...– Wiem. Tato, wiem. Powtarzałeś mi to tyle razy, że naprawdę setny nie musisz, zrozumiałam. Nie zgadzam się z tobą, ale zrozumiałam. Nie wiem co ty masz do takich ludzi. Nigdy żadnego nie poznałeś i to chyba dla tego. Zresztą, nieważne. Zbieram się, w nocy powinnam dojechać, także jutro dam wam znać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.– Oczywiście. Pa, kochanie. – mama Nash ucałowała córkę ostatni raz po czym przyglądała się razem z mężem jak znika im z pola widzenia.
piątek, 6 lipca 2012
Witam. Ten blog poświęcam swoim przemyśleniom łączonym z opowiadaniem. Nie zwykłym opowiadaniem, ponieważ będzie ono związane ze znanymi nam (mam nadzieję) wszystkim, którzy oglądają ten blog gwiazdami rocka, którzy swoją największą sławę przeżywali w latach 70, 80, 90. Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o motywach stworzenia tego bloga i opowiadania proszę do zakładki: „O mnie”, tam dowiecie się paru szczegółów z mojego życia, przeczytacie o szybko podjętej decyzji założenia owego bloga i co mam zamiar przekazać prowadząc go i dodając kolejne wpisy, rozdziały i tak dalej. Mam nadzieję, że dotrę do jak największej ilości ludzi kochających jak ja odmienne życie – normalne życie. Wiem, że może nie do końca domyślacie się o co mi chodzi, ale przysięgam, że dołożę wszelakich starań, by zobrazować Wam mój tok myślenia w jak najjaśniejszy sposób. :))
Okej, koniec
zanudzania i miłego wczytywania się. Mam nadzieję, że będzie w
co ;)
Jeżeli chodzi o jej wygląd, była dziewczyną, która nigdy nie była chuda i wysoka – owszem, była szczupła, ale miała trochę ciałka tu i ówdzie, co więcej nie przeszkadzało jej to. Jej wzrost nie sięgał ponad metr siedemdziesiąt i zazwyczaj nie mieściła się również w klasyczną ósemkę.